Jest coś wyraźnie teksaskiego w muzyce Adama Wiltziego. Wraz z nieżyjącym już Brianem McBridem, dronowy tytan był współzałożycielem Stars of the Lid w 1993 roku, wydając siedem albumów z muzyką ambient, delikatną i eteryczną jak pustynny miraż. Choć od prawie 25 lat mieszka w Belgii, nadal tworzy muzykę, która sugeruje zarówno niemal niezrozumiały ogrom amerykańskiego Zachodu, jak i przerażające tajemnice, jakie zdaje się ono kryć. Jego nowy album Jedenaście fug na pentotal sodu brzmi gdzieś pomiędzy zachodnią ścieżką dźwiękową a emanacją podziemnej kopalni gazu, z ogonami pogłosu gitar elektrycznych krwawiących w wyziewy ze strun i rogów. Być może czas pomyśleć o Wiltziem w tradycji artystów europejskich – Wima Wendersa Paryż, TeksasDaft Punk Elektroma—zafascynowany ogromem Ameryki w kontraście do zwartego kontynentu za stawem.

Choć mogłoby się to wydawać niezwykłe, biorąc pod uwagę długą serię współpracy i projektów w duecie, jest to pierwszy pełnometrażowy album Wiltziego napisany pod własnym nazwiskiem. (Zawiera również tylko dziewięć fugi do pentotalu sodu – współautor „Grudniowe polowanie na wegetariańskiego pierdolca” zachowuje swoją passę psot.) Wiltzie spędza większość czasu albumu w swojej strefie komfortu przypominającej orkiestrowego drona, ale ilekroć teren wydaje się brzmieć zbyt dobrze wydeptany, wyciąga coś w rodzaju „Dim Hopes” z migoczącą konstelacją wibrafony, czyli „Stock Horror”, który wydaje się być w trakcie mielenia i pochłaniania przez ziemię. „Tkanka kłamstw” jest jednym z nich najbardziej chwytliwy rzeczy, które napisał, z przyjaznym, dwuakordowym motywem gitarowym, który jest tym bardziej tajemniczy, że brzmi tak znajomo: może kuzyn „Slowdive”Trellisaze”, czyli duch klasycznego rocka.

Wiltzie stworzył w przeszłości mnóstwo takiej muzyki, ale łatwo zapomnieć, że ostatnio nie stworzył zbyt wiele takiej muzyki. Jego głównym projektem przez ostatnią dekadę był A Winged Victory for the Sullen w duecie z Dustinem O’Halloranem, który wydaje się nieco bardziej budżetowy i magisterski niż niemal autoironicznie spokojna muzyka, którą stworzył w pierwszej dekadzie. mniej więcej w jego karierze: albumy Aix Em Klemm i Dead Texan o tej samej nazwie, smutne i widmowe emanacje arcydzieła z 2001 roku Zmęczone dźwięki gwiazd pokrywy. (Martwy Teksańczyk, współpraca z Christiną Vantzou wydaje się szczególnie precedensem dla tej płyty.) Czy nazwanie albumu ambient drone, który podoba się publiczności, jest przesadą? Wiltzie robi wszystko, czego oczekujesz Pentotala potem trochę.

Zrodlo

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here