Verraco i jego rówieśnicy z Medellín w Kolumbii przedstawili się kiedyś jako zagorzali rewolucjoniści: partyzanci powstali, by obalić hegemoniczną kulturę klubową i wyrwać muzykę elektroniczną ze śmiercionośnego uścisku Globalnej Północy. Zadzwonili do swojej wytwórni Powstańcy; jego inauguracyjne wydawnictwo, debiutancka EP Verraco, nosiło tytuł Oprzeć się. Jednak w ciągu ostatnich siedmiu lat Verraco (alias JP López) i jego załoga przekształcili się z nowicjuszy w jednych z najbardziej fetowany nazwy w podziemiu, sworznie królewskie a scena który widzowie nazwali – z pewnym problemem – „klubem latynoskim”.

Jednak Verraco nigdy nie można było zaszufladkować. To prawda, że ​​​​zastosował rytmy cumbii w piosence z 2020 roku „Łamanie hegemonii” i posłuchałem kultowego rzecznika Zapatystów, Subcomandante Marcosa w „Jeśli to konieczne, aż do śmierci.” Wydania w jego wytwórni TraTrax, następca Insurgentes, zalany jest karaibskim dembowem, wenezuelskim raptor housem, meksykańskim plemiennym techno i innymi dźwiękami z całej Ameryki Łacińskiej i diaspory. Jednak TraTrax nie chce być przypinana do żadnej tożsamości poza tą, którą wymyśliła dla siebie społeczność: na etykiecie opisano wydarzenia z 2022 r. nie zatrzymuj się, idź, idź— rzecz, którą ta scena najbardziej przypomina manifest — jako „popurrí”, mieszaninę „wszystko i nic, po prostu Sędzia bangersy pełne smaku i urazy, ale przede wszystkim urazy, ponieważ nie chcemy, aby nasze rany się zagoiły.

Muzyka Verraco jest w równym stopniu inspirowana oszałamiającymi dźwiękami Aphex Twina, Autechre i innych brytyjskich pionierów elektroniki, a także psychodelią takich artystów jak James Holden i darkside electro z Rotterdamu i Hagi. Jest to także rodzaj oporu, sposób na przypomnienie publiczności na całym świecie, że López ma takie same roszczenia do europejsko-amerykańskiego kanonu techno, jak każdy biały dzieciak w Ohio czy Heidelbergu. Po względnej abstrakcji jego albumu z 2020 roku GrialVerraco porzucił swoje najcięższe, najbardziej triumfalnie nieokiełznane dzieło w historii wraz z zeszłorocznym szturmem i całkowicie niekonwencjonalnym Skandal, strzał z podwójnej lufy w łuk muzyki klubowej; teraz, dalej Oddychaj… Boże, wystrzeliwuje jeszcze większe działa. Cztery utwory nawiązują do innych współczesnych hymnów klubów latynoskich pod względem ich zapierających dech w piersiach rytmów i surowej brzmienia, ale w ich czystej, nieprzejednanej formie. niesamowitośćbrzmią trochę jak cokolwiek innego – z dowolnego miejsca.

Bardziej niż jakikolwiek styl, twórczość Verraco charakteryzuje się intensywnością – przesterowane syntezatory, zniekształcona perkusja, gwałtownie wirujące oscylatory – i epicką skalą jego aranżacji, które często brzmią mniej jak utwory klubowe niż hymny galaktycznego marszu bojowego. Obie cechy są obecne w wystarczającej ilości na tych czterech utworach, które sprawiają wrażenie jednego nadrzędnego zestawu. Łączy ich paleta muskularnych bębnów, cyfrowo wytartych tekstur i szalenie dezorientującego projektu dźwiękowego. Nic nie jest tym, czym się wydaje: linie basowe warczą jak cyborgi, podczas gdy przetworzone głosy – bełkoczące i trajkoczące w sposób niezrozumiały – mogą być złośliwymi kosmitami. Nastrój jest radosny, ale niepokojący; zarówno misterne wzornictwo, jak i dwuznaczna atmosfera złośliwości przypominają mi geometryczne krajobrazy i „elfy maszynowe” opisywane przez wielu użytkowników DMT. Utwory Verraco opowiadają o alternatywnym wymiarze muzyki klubowej, gdzie nawet najbardziej znany trop nabiera porywającej dziwności.

Zrodlo