Muzyka Amen Dunes jest przekonująca, ale nie zawsze jest jasne, do czego próbuje przekonać. Od czasu wydania jego konfrontacyjnie hałaśliwego debiutanckiego albumu, TAM15 lat temu Damon McMahon nieustannie udoskonalał zakres swojego brzmienia – usuwając mgłę, wyciskając sok z elementów zaczerpniętych z popu i klasycznego rocka – ale utrzymywał narracje stosunkowo ukośne. Słuchając jego ostatniej płyty, 2018 Wolność, czułem się trochę tak, jakbym próbował przeczytać wielką amerykańską powieść, trzymając ją nad zbiornikiem refleksji: pomysły na temat straty i więzi rodzinnych zostały przerwane, nawet jeśli całe zdania były trudne do złożenia w całość. Był to zapis osobisty, ale rzadko wyjaśniający; można odnieść wrażenie, że McMahon wolałby zachować niejasność swoich tekstów, niż sprowadzić swoje pomysły do ​​czegoś zrozumiałego.

Pomysły na Śmiercionośne żarty, szósty album, który sam wyprodukował, są wyraźniejsze. Na tym albumie jest bardziej dosadny i wyrazisty, ma konkretne znaczenie niż kiedykolwiek wcześniej. Ogólnie rzecz biorąc, jest to opowieść o apokalipsie, w której ostatnie chwile ludzkości na Ziemi nękają te same choroby, które prześladują nas od wieków: nienawiść, chciwość i purytanizm. Nieporozumienia to powracający temat, podobnie jak samotność, szczególnie ta, która pojawia się, gdy państwo nie dba o swoich obywateli. Jednak mimo całego tego pesymizmu podejście McMahona do życia, do którego wielokrotnie powraca Śmiercionośne żartyjest proste i optymistyczne: „Pewnego dnia to stracimy/Więc wykorzystajmy to”.

Idee te są filtrowane przez wypaczone rytmy hiphopowe i rave, chociaż osobliwość frazowania i melodii McMahona – jego muzyka zawsze wznosi się lub faluje, rzadko obierając opływową trasę – oznacza, że Śmiercionośne żarty brzmi kwintesencją Amen Dunes. Niezależnie od tego, czy beczy nad prychającą 909 w inspirowanym Lil Peepem „Rugby Child”, czy śpiewa kołysankę electro-reggae w „Purple Land”, McMahon znajduje się w takim punkcie swojej kariery, w którym nigdy nie można go pomylić z nikim innym i chociaż Śmiercionośne żarty jest pełen dziwnych szczegółów, takich jak przerywnik minimal techno „Predator” lub zniekształcone próbki lo-fi na końcu „Boys”, muskularne linie melodyczne, które pojawiły się na Wolność i 2014 Miłość jeszcze przyjść.

To połączenie z resztą muzyki McMahona jest mile widziane, ponieważ Śmiercionośne żarty może być trudny do przeanalizowania i w złym świetle wydawałby się lekko prowokacyjny. Rozpoczyna się próbką żartu Woody’ego Allena, a w oszałamiającym, dziewięciominutowym, przedostatnim utworze „Round the World”, będącym w zasadzie ostatnią piosenką przed utworem złożonym w całości z sampli, śpiewa on o dzieciach „naćpanych” / „Na swoich telefonach” /Są tacy samotni i nie wiedzą dlaczego.” Ale McMahon nigdy nie sprawia wrażenia, jakby coś gadał lub kiwał palcami, a raczej błagał o przebaczenie i hojność. W „Mary Anne”, pastoralnej balladzie wiejskiej adresowanej do jednej z kobiet, która wykorzystała go seksualnie w dzieciństwie, brzmi współczująco („W czyśćcu oboje się zgubiliśmy/Kiedy znów się spotkamy, nadrobimy miłość”), ale zwięzły („Wiem, że mówisz, kim jesteśmy tacy sami / Cóż, nie jesteśmy tacy sami”). Inne piosenki, takie jak „Boys” i „Rugby Child”, to portrety brutalnych ludzi kierowanych przez siły, których nie są w stanie w pełni kontrola. Nie wydaje się, żeby McMahon wychwalał bycie ofiarą czy potępiał jakąś niejasną koncepcję „anulowania kultury”, raczej próbując znaleźć odcienie szarości w coraz bardziej czarno-białym świecie.

Zrodlo