Nadchodzi czas dla nas wszystkich, ale Hana Vu znosi to trudniej niż większość. „Nie ma w moim sercu takiej piosenki, o jakiej myślałam, gdy byłam młoda” – tarza się w pierwszej piosence ze swojego drugiego albumu, Romantyzm. Jest to rodzaj lamentu, jaki bardziej powściągliwy autor tekstów mógłby wyrazić z melancholijną rezygnacją, ale Vu nie tłumi emocji: krzyczy tak, jakby została śmiertelnie ranna lub przebudzona, by odkryć, że słońce spadło z nieba. Ona nie tylko się starzeje – sama struktura jej istoty przepływa jej między palcami i jest zniszczona.

NA Romantyzm, Vu przekuwa swoje przygnębienie w tak tytaniczny pop i lśniącą skałę, że nie tyle czujesz jej ból, co wręcz zachwycasz się wspaniałością jego pokazu. Śpiewa z operowym autorytetem, który sprawia, że ​​nawet najbardziej hiperboliczne twierdzenia stają się niepodważalną prawdą. „Krzyczę tak głośno/Ponieważ już nie istnieję” – wije się nad efektownymi bliźniaczymi gitarami w porywającym pożegnaniu albumu z młodością „22”, a jej nieubłagany głos doprowadza piosenkę do kulminacji w stylu Bowiego. Nie umknęła jej ironia faktu, że ma dopiero dwadzieścia kilka lat, ale ma taką władzę nad swoim głosem, że naprawdę wydaje się stara jak na swój wiek. Jej przenikliwy kontralt otacza piosenkę, jakby została wyczarowana z oceanu soli epsom.

Wyobraź sobie, jak część wytwórni A&R z jej rodzinnego Los Angeles mogła próbować ukształtować jej rockowy instynkt w celu uzyskania maksymalnego zysku: zagraj na strzelistych gitarach, wprowadź ją w narrację „Pokolenie Z też potrafi rockować” i być może zachęć ją do rzucają cień na stan muzyki popularnej w wywiadach. Każdy zaangażowany prawdopodobnie zarobiłby grosze. Wizja Vu nie jest aż tak prefabrykowana. Jest o wiele bardziej dopracowany i dostosowany do czasów, stanowi uzupełnienie dostojnego mroku Mitskiego, smutku Boygeniusa na TikToku i alt-rockowej słodyczy Olivii Rodrigo. Pomimo całej swojej odrębności – album napisała sama i nagrała go prawie w całości tylko z jednym innym muzykiem, Jacksonem Phillipsem z Dream-popowego projektu Day Wave – muzyka Vu jest niewątpliwie wytworem tej chwili.

Nad albumem wisi nieusuwalna klątwa depresji. W „Hammerze” Vu błaga o lekarstwo na chorobę, której jej lekarz nie potrafi zdiagnozować: „Nie ma odpowiedzi/Ale i tak jej chcę”. Romantyzmton albumu staje się lżejszy na bardziej zrezygnowanej stronie B, gdy napięty rock ustępuje miejsca bardziej dryfującemu, marzycielskiemu materiałowi, ale złe samopoczucie Vu nigdy nie znika, pomimo jej prób wykorzystania mocy pozytywnego myślenia. W niepewnym rytmie dance-popu „Dreams” wyobraża sobie życie, w którym „nie szkodzi żyć”, podczas gdy „Airplane” przedstawia pełną miłości fantazję w porywającym pop-rocku The Killers. Zamykający pakiet trzech kolejnych piosenek miłosnych podważa podstawowe założenia pierwszej połowy albumu, sugerując, że źródło udręki Vu może mieć podłoże romantyczne, a nie tylko egzystencjalne.

Vu krąży po scenie muzycznej Los Angeles od 14 roku życia, co może częściowo wyjaśniać, dlaczego zachowuje się jak stara dusza. Straciła także przez pandemię zasadniczą część swojej młodości, czasu, którego nie może odzyskać. NA Romantyzmopłakuje przeszłość nie tylko z nostalgii za czymś, co utracone, ale także z niepokoju o przyszłość. „Czy pamiętasz, jak się starzejesz?/Czy możesz mi powiedzieć, o co chodzi?” śpiewa w „Airplane”. To jeden z rzadkich momentów na albumie, kiedy brzmi pełna nadziei, jakby wiedza mogła rozwiać niektóre zmartwienia, ale oczywiście nikt nie jest w stanie jej dokładnie powiedzieć, jak potoczy się dorosłość. Właśnie dlatego jest to tak przerażające.

Wszystkie produkty prezentowane na Pitchfork są niezależnie wybierane przez naszych redaktorów. Jeśli jednak kupisz coś za pośrednictwem naszych łączy detalicznych, możemy otrzymać prowizję partnerską.

Zrodlo